Feeds:
Wpisy
Komentarze

Jest gra. „Pewnego razu„. Trzy- i czterolatki powinny się zaznajomić z tytułem. W najogólniejszym stwierdzeniu jest to połączenie gry planszowej z metodą storytellingu. Tak, wiem, że my nie gęsi i swoje gawędziarstwo mamy, ale to ostatnie jest dla mnie kompletnie pozbawione magii, która powinna, z założenia przecież, dominować przy reaktywowanych opowieściach o smokach.

*************************************************************************************************************************************************************************

(reaktywacja jest co najmniej wskazana. powodów jest wiele. żal nie pisać własnemu dziecku, tym bardziej, że pisania jest warta)

*************************************************************************************************************************************************************************

Pewnego razu” pozwala graczom wylosować zwierzątko, które właśnie kładzie się spać i trzeba pomóc przyszykować zwierzątku akcesoria wypoczynkowe. Piżamka,
kapcie, szczoteczka do zębów i miś. Akcesoria są na żetonach, żetony w worku, wrzucone z innymi żetonami. Co turę jeden z graczy losuje jeden żeton. Jeśli trafi na jeden z powyższych – dokłada do swojego zwierzątka; jeśli nie – kładzie na torze opowieści. Gra kończy się kiedy co najmniej jeden z graczy skompletuje wszystkie akcesoria; po tym momencie rozpoczyna się najlepsze. Storytelling.

Tor opowieści to sekwencja wylosowanych żetonów z przeróżnymi obrazkami. Na podstawie tych obrazków, gracze układają bajkę. Szkoda tłumaczyć, lepiej pokazać.

*************************************************************************************************************************************************************************

*************************************************************************************************************************************************************************

(tak w ogóle, to oglądając ostatnie sekundy zastanawiałem się nad nazwaniem tego gestu ‚syndromem Wandy, która dowiaduje się, że ma iść za Niemca’)

*************************************************************************************************************************************************************************

Wieczory mijają. Opowieść się rozwija. Czasem są tą zwierzątka w piżamkach, czasem przechodzimy do bardziej mrożących krew w żyłach historii. Cztery lata walki ze smokami przeminęły niczym pożar Atlanty z klasyka z również przemijanym tytułem. Wygrywanej walki, pozwolę sobie rzec. Obecna Tolowa zimna rzeczywistość to pluszowy Cthulhu strzegący łóżka i potwory spod łóżka, które bronią zabawek przed złymi wilkami zza okna. Wędrujemy przez mitologie, wyszukując potwory. Chimery, cyklopy, trolle, urwipołcie, wróżki, demony. Opowiadamy sobie, że każdy może być dobry lub zły; że nawet te straszne stwory można oswoić i zamienić w strażników domowego ogniska i hulajnogi. Niektóre są straszne z wyglądu i te są niestety skazane na marginesowy byt, bez nadziei na Tolowe zainteresowanie. Niektóre są piękne i tu warto wspomnieć, że trzeba ostrożnie omijać kult pięknych różowych wróżek jako ikon dobra i urody. Różowe wróżki też mogą być złe. Ten tok rozumowania jest o tyle przydatny, że łatwiej wybić dziecku z głowy „religię barbie”, na myśl o której włos mi się jeży i wizję twilight love story przywołuje.

Nie sposób nie wspomnieć o sensie kultowych „Wężoidów” i scenie, w której małżeństwo Gunmenów Gummerów dewastuje jednego z potworów i pytanie mojego dziecka, którego nijak nie mogliśmy odciągnąć od seansu:

– tato, czy oni własnie wyprosili potwora ze swojego domu?
– tak, kochanie, nikt nie chce potwora w piwnicy
– no tak, też bym nie chciała

*************************************************************************************************************************************************************************

(ale kto by chciał, prawda?)

*************************************************************************************************************************************************************************

Niepedagogiczne? Niewłaściwe? Nie będę polemizował. Jednemu z moich literackich faworytów, G. K. Chestertonowi przypisywane są słowa: „Baśnie są bardziej niż prawdziwe, nie dlatego iż mówią nam, że istnieją smoki, ale że uświadamiają, iż smoki można pokonać„. Dla mnie nigdy nie był to pusty slogan. Pisząc w skrócie i dyskusję o euhemeryzacji baśni pozostawiając na inny wpis, potwory w dziecięcej świadomości funkcjonować będą, bez względu na to czy je pokazujemy czy nie. My, rodzice, mamy inne zadanie: przekonać naszych małych wojowników i małe (wojownicze) księżniczki, że potwory spotyka zasłużona kara. I, że zawsze, absolutnie zawsze, jest ktoś, kto te potwory przegoni. Mama, tata, Cthulhu lub potwory spod łóżka.

Reklamy

Po prawej stronie bloga znajduje się Muzyczne Wysypisko. Piosenki, które definiują syrenią potrzebę muzycznej telewizji, spełniającą się głównie w kanałach MTV Rock i Rebel.tv. Ani Mama ani tata nie ukrywają, że akurat ichniejsza syrena gusta muzyczne dziedziczy po nich samych; co więcej są z tego bezczelnie dumni. A syrena wyje sobie w rytm ostrych gitarowych riffów i perkusyjnych werbli i jest przeszczęśliwa.

Pozwolę sobie zauważyć, że Muzyczne Wysypisko nie wyznacza całego wachlarza dźwięków, potrzebnych stworkowi do egzystencji. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby Tola odmówiła pląsów przy piosenkach Lady Pank ze starego dobrego Jacka i Placka czy nieśmiertelnej trylogii Pana Kleksa; czasem nawet i o Majkę Jeżowską się upomni; ba! o Annę Jurksztowicz nawet! Jednak wszystkie drogi prowadzą do rocka, nawet jeśli on – to ojcowska prywatna opinia i Tola się z nią ani myśli utożsamiać – z wiekiem niewieścieje trochę.

Ponieważ podobnie jak do niektórych bajek tak i do pewnego typu muzyki dziecko musi dorosnąć, więc z pełna rozwagą odcinam syrenę od Disturbed i Slipknota. Raz, że uszy jeszcze nie te; a dwa – wyobrażacie sobie Tolę w żłobku śpiewającą wychowawczyniom: You stupid sadistic abusive fucking whore? Nie i nie. Może poczekać. Lepszy wróbel w garści niż dziecko w opiece społecznej.

(z drugiej strony, nie wiem: dlaczego pozwolenie na przeklinanie miałoby być większym grzechem niż sadystyczny Tom i Jerry, którym niektórzy rodzice raczą swoje pociechy?)

W każdym razie ucho mojej syreny jest strasznie łase na nowości ze świata muzyki. Nowy teledysk Radiohead polubiła po pierwszym obejrzeniu, czego na przykład, mimo całej mojej miłości do wcześniejszych kawałków Thoma, ja o sobie powiedzieć nie mogę. Jareda Leto dziecko rozpoznaje z kilometra (to po Mamie). A przy Adele…

No właśnie, wyprzedzając konkluzję: być może znajdzie się ktoś, kto pomyśli sobie: „albo ci rodzice to pozerzy i wydaje im się, że przy takiej mistyfikacji zdobędą uznanie znajomych; albo ci rodzice to sadyści, dziecko płacze, a oni każą słuchać mu kaleczących uszy brzmień. Czy jest na sali psychiatra?”. Zanim taki ktoś zamówi pod adres wskazany karetkę z panami w białych kitlach niech zerknie poniżej.

Lekcje śpiewu planowane są na niedaleką przyszłość. Władza nad dźwiękiem, analogiczna do tej zapachowej z „Pachnidła” Süskinda pozwoli syrenie zapanować nad światem, obalić Kadafiego i wyprosić nadprogramową kinder niespodziankę u Taty. Zaczynam zbierać na zapas.

Wpis dedykowany mojej Mamie, z okazji urodzin.

Wiosna przyszła do miasta, zapukała do okien, kichnęla kurzem i wygoniła wszelakie żywe stworzenia na zewnątrz swoich norek. Mówię tu głównie o stworzeniu rodzaju niewysokiego, krzyczącego oktawą donośną i wysoką; o chochliku na blokowisku brzmiącym; reagującym na wiosenne słońce typem nawet sympatycznej histerii, która niejako wymusza błyskawiczną pobudkę, szybkie śniadanie i natychmiastowe wyjście z domu grupą zwartą i zorganizowaną, posiadającą tylko jeden cel: plac zabaw.

Nie pierwszy – chociaż pierwszy w tym roku – raz, nasz okoliczny plac zabaw przypomina mi straszne i krwawe pole manewrowe niezbadanego gatunku chochlików. Chociaż zamiast mieczy i karabinów mają piasek i zdarte gardła, to jednak psychologia działań wojennych jest, zdaje się, zachowana.

Idąc od początku: jeszcze pięćdziesiąt metrów przed ostatnim zakrętem, w chochliku budzi się pies gończy. Ciekawa rzecz! Tola nie jest stworkiem, który na spacerach pędzi dookoła rodziców niczym satelita po ścieżce kokainy; wręcz, powiedziałbym, przeciwnie: tata idący pół metra od wystającej kończyny staje się potencjalnym zaginionym, którego natychmiast trzeba przywrócić w zasięg odnóży celem bezpieczeństwa. Tymczasem jeśli tylko w zasięg radaru wchodzi plac zabaw, potulny dotychczas chochlik przypomina sobie zakorzenioną w genach odwieczną żądzę i przeistacza się w pokrewną Autobotom maszynę.

I oto maszyna wkracza w tajemniczy dla mnie świat, którego powłokę tylko są w stanie zarejestrować cykane naprędce zdjęcia rodziców. To nie jest po prostu sielski spacer; to prawdziwa bitwa ze światem, przynajmniej w tej maksymalnie_mini_skali. Przystanek pierwszy: pokonanie schodów na zjeżdzalnie. Dla mojego prawie trzyletniego chochlika to ledwie przekąska, psychologiczne zwycięstwo w pierwszej bitwie – i już człowiekowi się na sercu lżej robi; bo przecież towarzysze broni, ci mniejsi lub młodsi, wciąż w schodach widzą bezlitosnego wroga, gotowego przewrócić półtoraletniego żołnierza kiedy tylko jego dłoń lub but omsknie sie po schodach lub poręczy. Najważniejsze to jednak nie poddać się pierwszej przegranej batalii, próbować wciąż i wciąż, z zacięciem przeć do przodu i atakować wredne zjeżdzalniane schody, korzystając ze strategicznych odwodów w postaci soczystego buziaka mamy i taty.

Mój osobisty chochlik, po kilku kursach w górę i dół ma dosyć tej jakże dziecinnej rozrywki i od razu rzuca się w wir najcięższych walk: most linowy. W rozkroku bliskim gimnastycznemu szpagatowi stopa za stopą i dłoń za dłonią sunie się stworek trzy metry nad ziemią, pewnie i gęsto flankowany przez rodziców; ze strachem w głosie, ale jakże daleki od paniki, w końcu zdobywa swoje Alamo, z okrzykiem satysfakcji. Dodatkowy bonus, w postaci zjazdu na ministrażackiej rurze zostaje skonsumowany błyskawicznie. Dziwne, ale czy mój chochlik urósł z dumy o jakieś dwa milimetry? W każdym razie promienieje niczym Napoleon pod Marengo, na najcięższej twierdzy dzisiejszego poranka pojawiła się biała flaga, więc dla mojej małej dowódczyni kąsek przestal być smakowity.

Kolejne zmagania, czyli oblężenie piaskownicy i rajd po drabinkach niemal w zupełności zaspokajają apetyt na chochlikowe podboje. Jeszcze tylko, żeby zadość tradycji uczynić, w miejsce myśliwców pojawia się lot huśtawką, nieprzerwany, rozpoczynany co chwilę od nowa, gdzie zamiast pocisków ziemia – powietrze znajdują się grudki piasku spod podeszwy; a zamiast ryku silników – donośny chichot pilota.

I pewnie tak by leciał mój chochlik aż do zachodu słońca, gdyby nie ponury ryk odległego pociągu, który jak na dłoni widać na dworcu Płaszów po drugiej stronie jeziora. Chochlik zapomina o świecie bożym, o podbojach, o zdobywaniu cennego doświadczenia i czym prędzej katapultuje się z huśtawki aby pędzić w stronę jeziora, krzycząc: TATA, PATRZ POCIĄG!

(widzę Tolu)

TATO, PATRZ ILE POCIĄG MA OGONÓW!

(wagonów Tolu)

PATRZ ILE OGONÓW!

Syczący niczym smok wielotonowy potwór szyn, przewala się przez dworzec i znika gdzieś wśród zarośli. Teraz do akcji wkraczamy my, rodzice, od godziny kombinujący taktyczny odwrót do domu powodowany koniecznością drzemki. Rozpoczyna się (dla nas) trudna faza negocjacji z przeciwnikiem nieuznającym żadnych kompromisów, a juz tym bardziej takich, w które wpisane jest słowo „drzemka”. I tak szczerze, dopiero niepedagogiczny argument siły, czyli dźwignięcie takiego chochlika i wyniesienie go z obrębu areny działań pozwala na skończenie poranka wśród huczącego od natłoku zdarzeń pola bitwy małych chochlików.

Kiedyś mocno interesowała mnie historia wojskowości. Zastanawiam się właśnie, czy geniusze strategii, zanim przeszli do podbojów narodów, nie rozpoczęli działań wojskowych znacznie wcześniej niż wspominają kroniki.

Oberwowanie sprzątającej trzylatki to niesamowicie absorbujące zajęcie. Sprzątającej swoje ubrania, dodam. Absorbuje głównie fakt, że trudno to porównać do czegokolwiek, co pod dowolną szerokością geograficzną jest określane terminem „sprzątania”. W skrócie, wyobraźcie sobie małego żywiołaka, który z nabożną czcią podnosi jedną skarpetkę, wskazaną przez Mamę, pędzi przez przedpokój do progu swojego pokoju, z impetem, który wzbudza trwogę w sercach mieszkających tam samochodzików i miśków, rzuca skarpetkę przed siebie; skarpetka osiągając prędkość jednego macha – czy raczej machnięcia – ląduje zazwyczaj w okolicach środka pokoju i przez całe mieszkanie rozlega się okrzyk, który skutecznie uspokaja wszystkie kibolskie ustawki w rejonie: „TATO, PATRZ, SPRZĄTNEŁAM!”. I nieważne, czy bierzesz prysznic, czy zmywasz naczynia, czy jednego buta zdjętego masz bardziej a drugiego mniej – konieczne jest zastopowanie bieżącego momentu swojego życia, przejście do pokoju trzylatki i wylewne pochwalenie za trud włożonej pracy. Jednocześnie i skrycie kopiąc skarpetkę w mniej widoczne miejsce, skąd łatwiej ją będzie podnieść, kiedy zniknie z zasięgu wzroku żywiołaka. W innym wypadku podróż skarpetka może odbyć powrotną.

Energia żywiołaka jest niezmierzona, co testuję codziennie, odbierając tegoż ze złobka. Po opuszczeniu sali, kolosalną przeszkodą przed ubraniem i wyjściem z budynku celem spaceru lub jazdy tramwajem, okazuje się być korytarz, mniej więcej dwudziestometrowy, oddzielający salę z dziećmi od szatni. Owy korytarz pomiędzy 16:30 a 17:00 zmienia się w magiczny tor wyścigowy, gdzie rozpiszczana gąsienica, o kilku głowach i kilkunastu odnóżach kursuje między przeciwległymi ścianami, targając w rękach wszelakie misie, autka, owoce czy co tam rodzice przynieśli na widzenie z pociechami. Przyznaję, dzisiaj był dzień, kiedy powiedziałem: dość! Nie zawołam swojego żywiołaka, poczekam aż się zmęczy – w końcu, po całym dniu spędzonym ze swoim ziomalstwem, stanowiącym naturalne części składowe popołudniowej gąsienicy, ileż można biegać sprintem po korytarzu, sapiąc przy tym jak mały wieloryb? Cóż, po dwudziestu pięciu minutach, żłobek zamykano, więc siłą rzeczy nie udało mi się zmierzyć wytrzymałości mojej krwi z krwi, ale wykazała jej więcej niż ja po trzygodzinnym treningu. Shame on you, tato! Rzuć kawę i papierosy bo inaczej córka wykończy cię na spacerze jeszcze przed euro2012!

Gdyby to było takie proste – o ile ze żłobka do tramwaju podróż zazwyczaj przebiega błyskawicznie i bezboleśnie, o tyle spacer z tramwaju do mieszkania do jakieś dwieście metrów wąskiego krawężnika – bo przecież trzy metry szerokości chodnika to za mało na stucentymetrowe stworzenie – gdzie największą frajdą jest spaść na ubłocone pobocze i jeszcze w tym błocie podskoczyć. Potem już tylko schody (sama idę, nie pomagaj mi!) i już można się zająć suszeniem butów, spodni i – a jakże – oblicza.

(swoją drogą, niesamowite jest, z jaką prędkością wszelaki brud, od błota po ślady po dżemie, zaprzyjaźnia sie z żywiołaczą twarzyczką. to prawie jak dwie połówki jabłka, dwie śliwki w kompocie, Orfeusz Odpadków i Eurydyka Białolica)

Etap późniejszy, nacechowany wyżej wymienionym sprzątaniem, plastelinowym ugniataniem i wyśpiewywaniem kolejnych akordów Rebel.tv i MTV Rock to odrębna i bez wątpienia długa opowieść, pełna fabularnych zakrętów i nieoczekiwanych zwrotów akcji; do tej historii jeszcze wrócimy. Jak i do wielu innych po drodze.

A gdzie smoki? Smoki przylecą.

Zawsze przylatują.